17 lip

O jakiego to diabła chodzi

Wyjaśnił Brückner dalej, omawiając korespondencję Lwa Sapiehy, w której znalazł list jego krewniaka z wiadomością o śmierci wojewodzica w Lublinie: „jak po księdzu brali, jam i grosza nie zastał, tylko nędzne, niemal gołe ciało, ale czeladź dobrze i świeżo odziałą”. Zwrot najwyraźniej przysłowiowy, znaczący to samo, co przytoczone tylko co przysłowie, a od niego grubo starszy, zilustrował Brückner relacją z r. o śmierci biskupa chełmskiego. Już nazajutrz po zgonie majątek jego rozdrapali księża, słudzy i chłopi; zwłoki w zwykłej trumnie, odziane w zgrzebną koszulę, odstawiono chłopskimi końmi do Janowa, słowem, sytuacja wręcz nieprawdopodobna, chodziło przecież o renesansowego biskupa, a jednak najzupełniej prawdziwa. Że zaś takie wypadki zdarzały się, i to nie tylko na głuchej prowincji, dowodzi facecja O małpie, co pana uzdrowiła, przy czym panem tym jest Filip Kallimach. Jej odmiana, z księdzem zamiast znakomitego humanisty, prawi, jak to chorego na wrzód w gardle lekarze opuszczają, dworzanie poczynają rabować mieszkanie, co widząc

Mądrej… t. I.

małpa wyrywa umierającemu poduszkę spod głowy. Chory parska śmiechem, wrzód pęka i to ocala go od śmierci. „Nie śmiesznać to facecyja” konkluduje autor opowieści o Kallimachu i ma słuszność.

Dodaj komentarz