17 lip

KUTA BABA

Czytając w Adalbergu pod niewłaściwym hasłem „Noga g”, NKPP „Kuty ”: „Frant to na cztery nogi kuty”, ze wskazaniem dwu tylko źródeł, nikt by nie podejrzewał, że mamy tu zwrot przysłowiowy niezwykle bogaty i bardzo popularny. W postaci bezpodmiotowej: „kuty na cztery nogi”, mają go Dobraczyński, Gawalewicz, Perzyński, Rodziewiczówna, Sienkiewicz, Wiktor, Żeromski. I u nich, i u innych występuje on z różnymi podmiotami, a więc: bestia, frant, łotr, szelma, wyga. U Kraszewskiego jest raz „Frant ostro kuty”, gdzie indziej „Frant kuty na wszystkie cztery nogi”. W postaci synkopowanej u samego Kraszewskiego znajdziemy „Kuta baba”, „Kuta sztuka”, „Człek kuty”. Adalberg „Bałamut ” ma przysłowie: „U każdego bałamuta głowa zwykle bywa kuta”, u Walerego Łozińskiego zaś „Kuty i szczwany na wszystkie strony”. Granice chronologiczne całego tego materiału, opisanego tutaj na podstawie kartoteki Nowej księgi przysłów polskich, obejmują lat dwieście: , od A. J. Załuskiego po J. Dobraczyńskiego.

17 lip

Ma kuku na muniu

Używany w warszawskiej gwarze sztubackiej, a na człowieku, który pierwszy raz z nim się zetknął, robiący wrażenie jakiegoś wyrazu mocno egzotycznego, orientalnego, japońskiego czy malajskiego. W istocie rzeczy zwrot jest parodią języka małych dzieci, w którym „kuku” znaczy skaleczenie, ból. „Munio” znowuż to zdrobniała nazwa mózgu, w danym zestawieniu robiąca wrażenie komiczne, zwłaszcza gdy zdamy sobie sprawę, iż ani pojęcia, ani nazwy mózgu małe dzieci nie znają. Można mieć oczywiście uzasadnione wątpliwości, czy zwroty te, a pod hasłem „Głowa” Adalberg umieścił ich bardzo wiele, należą do zakresu przysłów. Za pozostawieniem ich w nim przemawiają jednak te wszystkie względy, które bierze się pod uwagę przy badaniu przysłów i zwrotów przysłowiowych, oraz okoliczność, że na gruncie zwrotów wyrastają bardzo często przysłowia lub że rozgraniczenie zwrotu i przysłowia synkopowanego jest bardzo często zupełnie niewykonalne.

17 lip

KUKU NA MUNIU

Medycyna nie zna wprawdzie chorób przyzwoitych i chorób nieprzyzwoitych, podział ten jednak występuje w życiu codziennym nie jest bez znaczenia dla historii języka i historii przysłowia. Są mianowicie choroby, o których mówi się półgębkiem i których nie nazywa się po imieniu. Są to mianowicie choroby płciowe i choroby umysłowe. Przyczyną takiego ich traktowania są czynniki natury psychologicznej za pierwszymi kryje się pomówienie chorego o rozpustę, za drugimi o głupotę. Ze stanowiska języka i przysłowia konsekwencje tego stanu rzeczy są niezwykle bogate, nazwy bowiem chorób zastępuje się mniej lub więcej obrazowymi określeniami o charakterze przysłowiowym. Z przyzwoitek stosowanych w samej tylko literaturze staropolskiej, w której panowały inne konwencje obyczajowo-językowe, na określenie „choroby francuskiej” stworzyć by można przezabawną wiązankę. A to samo dotyczy chorób umysłowych. Dzisiaj jeszcze powszechnie używamy wyrażenia „Ma bzika w głowie” „Głowa g”, NKPP „Bzik ” i nikomu na myśl nie przyjdzie, iż ów „bzik” jest tym samym co „bziak”, zdrobnieniem od „bzu”, analogicznym do „fijoła” i „fijołka”, również synonimu jakichś niedomagań umysłowych.

17 lip

Całowanie pateny

Oto po uroczystym nabożeństwie ksiądz podawał kolatorowi i jego najbliższej rodzinie patenę do pocałowania. Był to zaszczyt wyjątkowy, nieosiągalny nawet dla osobników, którzy stali na najgórniejszym szczeblu hierarchii wiejskiej, a więc choćby dla wójta. I tutaj właśnie wkracza przysłowie o kuchcie, a więc o indywiduum, które zajmowało szczebel drabiny tej najniższy. Kuchta bowiem to figura zajęta w kuchni dworskiej, popychadło kucharza czy kucharki, używane do palenia pod blachą i do zmywania naczyń. Przysłowie więc o kuchcie i patenie ustala odległość społeczną między dołami i szczytami hierarchii wiejskiej, daleko ponoś większą niż ta, o której mówi inne przysłowie: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.” Chyba że wyraz „smród” przyjmujemy w sensie staropolskiego „smarda”. Rozumiał to doskonale jeszcze Jan Lam, gdy w swych Głowach do pozłoty omawiane przysłowie, ale w ujęciu chłopsko-ukraiń- skim: „Kuda kuchti do patyny”, wkładał w usta pijaczyny-nau- czyciela. Dziwak ten mieszka w nędznej izbie, w karczmie małomiasteczkowej, cytuje zaś z patosem słowa Horacego o apartamencie poetyckim wykładanym złotem i kością słoniową. „To się tyczy Moszka powiada ale kuda kuchti do patyny.”

17 lip

KUCHTA I PATYNA

Pod hasłem „Kuchta” podaje Adalberg dwa przysłowia: „Jak kuchta do patyny” oraz w Dopełnieniach „Skąd kuchcie do patyny”. Pierwsze z nich objaśniono jako „wcale niestosowny”, przy drugim wyjaśnienia nie ma. Niewielu zapewne ludzi w Polsce wie, co to jest patena, a nawet ci, co wiedzą lub dowiedzą się ze słownika, niełatwo odgadną, jak przysłowie powstało i co znaczyło, sprawa zaś w nim utrwalona dotyczy stosunków, które należą do przeszłości, trzeba więc ją tutaj wyświetlić.
Patena jest to krążek, służący do nakrycia kielicha przy mszy używanego. Ma on kształt talerzyka, na którym ksiądz przełamuje hostię, na patenę więc padają okruchy opłatka. Myliłby się jednak ktoś, kto z tymi czynnościami i osobą księdza wiązałby osobę kuchty z przysłowia. Patena bowiem miała niegdyś funkcję dodatkową, związaną z istnieniem instytucji tzw. kolatora. Był to dziedzic, inaczej właściciel wsi, a tym samym opiekun kościoła, obciążony rozmaitymi świadczeniami na jego rzecz; należały do nich aż do połowy wieku XVI dziesięciny, później zaś wydatki na konserwację budynku, na jego przebudowy i odbudowy, i rozmaite inne. W zamian za to kolator miał wpływ przy obsadzaniu proboszcza, on bowiem wybierał z kandydatów tego, kto mu najbardziej odpowiadał, korzystał nadto z pewnych przywilejów podnoszących jego stanowisko społeczne w oczach parafian, zwłaszcza mieszczan i chłopów. Należała do nich „ławka kolatorska” czy miejsce w stallach obok ołtarza, a więc w prezbiterium odgrodzonym od miejsca dla ogółu wiernych. Wchodziło się tutaj wejściem bocznym przez zakrystię, bez konieczności przeciskania się przez zbitą masę zalegającą wnętrze kościoła. Znał dobrze te stosunki Sienkiewicz, gdy w zakończeniu Potopu usadowił Kmicica w ławce kolatorskiej w Upicie i tam kazał mu zetknąć się z Oleńką.

17 lip

Przysłowie o księżej grudzi

Nastręcza dwie trudności, które wspomnieć tu trzeba. I tak jest ono, być może, synkopowaną postacią przysłowia dawnego, które rozpadło się na dwie części: „Sówka woła: Pódź!” oraz „Pódź, pódź na księżą grudź”. Po wtóre zaś wyraz „grudź” pisany jest w Adalbergu i Słowniku warszawskim jako „gródź”, przy czym wiąże się go z wyrazem „grodzić”, co w wypadku naszego przysłowia miałoby nawet zupełnie dobre uzasadnienie, „gródź” bowiem odpowiadałaby „oborze”. Nie ulega jednak wątpliwości, iż obok „grodzi”, błonia ogrodzonego, istniała „grudź”, pole czy błonie pokryte grudą, nieużytek, częściowo wyzyskiwany jako pastwisko, dzięki czemu obydwa wyrazy, fonetycznie w mianowniku jednakowe, krzyżują się z sobą. Za takim stawianiem sprawy przemawia język Sienkiewicza, ukazującego olbrzymie wojska sułtańskie „na adria- nopolskiej grudzi” czy piszącego o okolicach pod Krakowem w czasach Sobieskiego: „z dalekich, zielonych grudzi dochodziły pokrzyki i pieśni pastusze”. W obydwu wypadkach chodzi o duże błonia. Obok nazw dotąd omówionych istniała trzecia jeszcze, „boża rola”, używana zapewne na ziemiach wschodnich, od Podlasia poczynając. Kraszewski, opisując starożytne miasteczko w Lubelskiem, tak oto rzecz ujmuje: Wprost dziedzińca furtka wiodła na cmentarz, gdzie się dawniej grzebano i po dziś dzień wiele grobów i kamieni pozostawało; nieboszczykom pokoju zakłócać nie chciano, bo się trafiało, że kopiąc grób nowy stare kości i szczątki trumien dobywano nowy cmentarz trochę opodal założono. Tamten już nie murem, ale parkanem był obwiedziony, i poznać można było łatwo, że w uboższych powstał czasach, którym stało na mury gorzelni i obór, ale na rolę bożą zabrakło.

17 lip

KSIĘŻA OBORA GRUDŹ BOŻA ROLA

Pod hasłem „Ksiądz ” mamy u Adalberga zwrot: „Na księżą oborę pójść”, tj. umrzeć, i „Patrzeć na księżą oborę”, tj. być bliskim śmierci. Spokrewniony z tym jest zwrot „Ksiądz ”, NKPP „Sowan”: „Pódź, pódź na księżą grudź”, znaczący to samo co poprzedni. Pochodzenie tych zwrotów jest raczej późne, przez długie bowiem wieki zmarłych grzebano na cmentarzach przykościelnych, jak to jeszcze dzisiaj na Dolnym Śląsku obserwować można, z tą tylko różnicą, iż kolatorzy i księża mieli groby w podziemiach pod kościołem. Rozbudowa miast i względy sanitarne sprawiły, iż cmentarze śródmiejskie poczęto likwidować, szczątki zwłok i trumien przenosząc na cmentarze nowe na peryferiach. Tak np. postąpiono z cmentarzem przy kościele Św. Krzyża w Warszawie, niegdyś, do r. , sięgającym po ulicę Marszałkowską, czego śladem dotąd pozostała nazwa ul. Świętokrzyskiej. Po wsiach, gdzie z biegiem czasu poczęły również powstawać cmentarze na ustroniu, zakładano je na kawałku ziemi należącym do probostwa, oboranym przed ogrodzeniem go płotem lub rzadziej murem, stąd nazwa księżej obory czy księżej grudzi.

17 lip

KSIĄDZ W RODZIE

Żywe po dziś dzień przysłowie: „Kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dobodzie” „Ksiądz ”, sięga przeszłości odległej, bo średniowiecza, i przewlekłych a zawiłych procesów dziejowych, z których najgłośniejszy znamy pod nazwą reformacji. W kurii rzymskiej mianowicie, a podobnie działo się po innych kuriach biskupich, papieże i inni dostojnicy kościelni, gromadząc ogromne kapitały, obracali je zazwyczaj na uświetnienie swych rodów i rodzin. Tak było i w Polsce jeszcze w wieku XVI, gdy miejsce wygasających starych rodów magnackich zajmować poczęły nowe, w rodzaju Myszkowskich-Wielopołskich lub Krasińskich, które wy- dźwignęły się dzięki zasobom zebranym przez biskupów-podkanc- lerzy. Stosunek taki duchownych do rodów nazywano nepotyzmem, jakkolwiek wyraz ten miał właściwie inne znaczenie. Papieże, kardynałowie, biskupi, nie mający potomstwa lub nie mogący się do niego przyznać, następcami swymi robili bratanków łac. nepos lub siostrzeńców, tak że na wysokich stanowiskach kościelnych spotykało się całe dynastie stryjów i nepotów. „Łatwo zostać kardynałem, kto ma stryja papieżem”, mówi przysłowie „Papież ” odtwarzające te stosunki. Że zaś na stolicach biskupich bywało podobnie, świadczą dzieje katedr polskich, a więc o następstwo po kardynale Zbigniewie Oleśnickim zabiegał jego bratanek, Jakub z Sienna, nie dopuszczony przez Kazimierza Jagiellończyka; tak siostrzeńcem wielkiego biskupa Piotra Tomickiego był biskup-poeta Andrzej Krzycki, siostrzeńcem zaś Krzyckiego biskup Zebrzydowski.
Ten system protegowania krewnych i wzbogacania rodów kłuł ludzi w oczy i najrozmaitsi reformatorzy kościelni, pisujący traktaty i paszkwile, jak De squaloribus curiae Romanae O brudach dworu papieskiego, rzecz przypisywana Mateuszowi z Krakowa w czasach Jagiełły, atakowali energicznie nepotyzm jako podstawowe niedomaganie w organizacji Kościoła.

17 lip

O jakiego to diabła chodzi

Wyjaśnił Brückner dalej, omawiając korespondencję Lwa Sapiehy, w której znalazł list jego krewniaka z wiadomością o śmierci wojewodzica w Lublinie: „jak po księdzu brali, jam i grosza nie zastał, tylko nędzne, niemal gołe ciało, ale czeladź dobrze i świeżo odziałą”. Zwrot najwyraźniej przysłowiowy, znaczący to samo, co przytoczone tylko co przysłowie, a od niego grubo starszy, zilustrował Brückner relacją z r. o śmierci biskupa chełmskiego. Już nazajutrz po zgonie majątek jego rozdrapali księża, słudzy i chłopi; zwłoki w zwykłej trumnie, odziane w zgrzebną koszulę, odstawiono chłopskimi końmi do Janowa, słowem, sytuacja wręcz nieprawdopodobna, chodziło przecież o renesansowego biskupa, a jednak najzupełniej prawdziwa. Że zaś takie wypadki zdarzały się, i to nie tylko na głuchej prowincji, dowodzi facecja O małpie, co pana uzdrowiła, przy czym panem tym jest Filip Kallimach. Jej odmiana, z księdzem zamiast znakomitego humanisty, prawi, jak to chorego na wrzód w gardle lekarze opuszczają, dworzanie poczynają rabować mieszkanie, co widząc

Mądrej… t. I.

małpa wyrywa umierającemu poduszkę spod głowy. Chory parska śmiechem, wrzód pęka i to ocala go od śmierci. „Nie śmiesznać to facecyja” konkluduje autor opowieści o Kallimachu i ma słuszność.

17 lip

BRAĆ JAK PO KSIĘDZU

Jednym z najciekawszych paremiologów naszych jest wojewoda ruski i znany pisarz epoki saskiej, Jan Stanisław Jabłonowski . Bajkopis, moralista, tłumacz, pozostawił w rękopisie ogromne dzieło Polityka włoska i polska albo przysłowia włoskie po włosku zebrane i na polski język przetłumaczone, polskimi i różnymi refleksjami i przysłowiami przyczynione…, w Konigstajnie Anno . Data po tytule ma swą wymowę. Wojewoda cztery lata spędził w saskiej twierdzy, Koenigsteinie, więziony przez Augusta II za popieranie Stanisława Leszczyńskiego. Rękopis Jabłonowskiego wyzyskał, ale częściowo tylko, K. Wł. Wójcicki, po nim zaś miał go w ręku A. Brückner, który garść wiadomości wydobył z tego źródła i podał w znakomitym studium o Przysłowiach . M. in. streścił tutaj anegdotę o księdzu taką oto: „Skąpy a bogaty duchowny pyta sług, kto po nim dziedziczyć będzie żaden nie zgadł prócz tego, który powiedział: diabeł.” Interesuje nas ona tutaj, jej odpowiedniki bowiem w Adalbergu „Ksiądz S ” brzmią: „Jak po księdzu co kto porwał, to jego” i „Po księdzu i po juryście diabeł bierze oczywiście”.